OPENBOX PUDEŁECZKA "BEGLOSSY & VIANEK" EDYCJA SPECJALNA | CZY SIĘ OPŁACAŁO?

OPENBOX PUDEŁECZKA "BEGLOSSY & VIANEK" EDYCJA SPECJALNA | CZY SIĘ OPŁACAŁO?


Dzisiaj dwie zupełne dla mnie nowości - marka Vianek i pudełeczko beGlossy! Coś w rodzaju kolaboracji, czyli specjalna edycja pudełka o nazwie "beGlossy & Vianek", w którym znajdziemy cztery pełnowymiarowe produkty tej młodej polskiej marki. Jeszcze do niedawna na stronie beGlossy trwała promocja, w której pudełeczko powstałe we współpracy z marką Vianek można było otrzymać za 1 zł. Warunkiem był zakup pakietu dwunastu pudełek beGlossy. Obecnie edycja "beGlossy & Vianek" dostępna jest na stronie w cenie 69 zł. Pokażę Wam i przybliżę kosmetyki, które znajdziecie w pudełku, a także odpowiemy sobie na pytanie, czy to na pewno jest opłacalne...


Cała zawartość boxa była znana od samego początku, tak, jak dzieje się zawsze w przypadku edycji specjalnych. Mimo tego, czekałam na kuriera z ogromną niecierpliwością, bo wiedziałam, że będzie tam jeden z kosmetyków, do którego przetestowania już bardzo długo się przymierzałam.


Rozpakowywanie pudełek zawsze przynosi wiele frajdy. Nawet, jeśli doskonale znamy zawartość - zgodzicię się ze mną, prawda? Jeszcze więcej radości przynosi moment, w którym dodatkowo pojawia się jakaś niespodzianka! Tak było ze mną w momencie, kiedy prócz zapowiedzianych czterech kosmetyków, ujrzałam również biały ręczniczek do twarzy :) Drobiazg, który na pewno każdy z nas posiada, jednak bawełnianych ręczników nigdy dość - na pewno się przyda. Ba! Nawet już znalazł sobie miejsce w mojej łazience.



VIANEK | ŁAGODZĄCY TONIK-MGIEŁKA DO TWARZY Z EKSTRAKTEM Z OWOCÓW RÓŻY
Łagodzący tonik Vianek bazuje na ekstrakcie z owoców róży, który ma działanie przede wszystkim kojące i nawilżające, przez co produkt ma świetnie nadawać się do cery wrażliwej i podrażnionej. Wydaje mi się, że bardzo się polubimy, ponieważ całość zapowiada się obiecująco - skład niczym nie przeraża, a i forma mgiełki bardzo mi odpowiada, ponieważ moja skóra nie znosi pocierania wacikiem. 
Cena: 18.99 zł za 150 ml



VIANEK | NORMALIZUJĄCY PEELING DO TWARZY Z EKSTRAKTEM Z SZAŁWII I SPIRULINĄ
Nie przepadam za peelingami mechanicznymi, używam ich sporadycznie, gdyż z reguły są dla mnie zbyt mocne. Jednak w przypadku tego peelingu pierwszego słowa w opisie, jakiego używa producent, to "delikatny". Korund nie powinien mi zaszkodzić, bardziej obawiam się o olejek miętowy, który do "delikatnych" nie należy... Przetestuję i zobaczymy, może miło się zaskoczę :)
Cena: 18,99 zł za 75 ml



VIANEK | ODŻYWCZY PŁYN MICELARNY TONIK 2W1 Z EKSTRAKTEM Z NAGIETKA
Nie używam płynów micelarnych, gdyż tak jak wspominałam, używanie wacików zbyt podrażnia moją skórę. Mimo to, zapoznałam się z opisem i składem, jak i z opiniami w Internecie. Zdania są podzielone, a wielu skarży się a reakcje alergiczne. Powodem może być ekstrakt z nagietka - rośliny z rodziny Asteraceae (m.in. rumianek, arnika górska), na którą niektórzy z nas mogą mieć alergię, a co za tym idzie, również na wyciągi z niej i ekstrakty.
Cena: 16,99 zł za 200 ml




VIANEK | UJĘDRNIAJĄCO-WYGŁADZAJĄCY PEELING DO CIAŁA Z MIELONYMI PESTKAMI MALIN
Jestem absolutną fanką peelingów do ciała! Niekiedy sama je przygotowuję i wtedy chętnie korzystam z nasion malin. Nie umiem się doczekać przetestowania już gotowego kosmetyku, w którym wykorzystany jest mój ulubiony "zdzierak"! :) Pestki malin należą do ostrzejszych peelingów, więc nie należy przesadzać z masażem!
Cena: 26,99 za 150 ml



Czy zakup pudełka się opłaca? Wartość kosmetyków Vianek to 81,96 zł, natomiast pudełko to koszt 69 zł. Szybkie równanie i już wiadomo, że różnica wynosi 12,96 zł. Dodatkowo zyskujemy jednak ręczniczek do mycia twarzy, darmową wysyłkę i pudełeczko. Ja swoje pudełko otrzymałam za symboliczną złotówkę przy zakupie pakietu 12 wysyłek beGlossy. W tym przypadku jasne jest, że edycja "beGlossy & Vianek" jest dla mni opłacalna :) Nie zdecydowałabym się jednak na zakup tej edycji w cenie regularnej. Wolałabym te 70 zł przeznaczyć na kosmetyki Vianek z serii, która odpowiada potrzebom mojej skóry i moim upodobaniom.

Jakie jest Wasze zdanie? Te pudełeczko byłoby dla Was opłacalne? :) Polecacie te produkty?




ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE


Dzisiejszym postem zamykam serię recenzji masek It's Real Squeeze Mask. Głęboko wierzę, że moja opinia pomogła komuś w doborze odpowiedniej dla siebie maski Innisfree :) Ich wybór jest znacznie szerszy niż to, co pokazałam na blogu, więc na pewno jest w czym wybierać. Może zdążyliście już jakąś przetestować na własnej skórze? Jeśli tak, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach jak się sprawdziła!


Wersja z granatem ma w swoim głównym założeniu sprawiać, aby skóra była jędrna i promienna, a przy czym jednocześnie redukować zmarszczki. Od razu zaznaczę, że po jednorazowym użyciu tej maski nie jestem w stanie zauważyć czy ta faktycznie je spłyca. Tym bardziej, że zmarszczek nie mam jeszcze za wiele - ot, może drobne zaczątki mimicznych pod oczami :) Powszechnie wiadomo jednak, że sok z granatu stymuluje komórki produkujące kolagen (dla dociekliwszych - są to fibroblasty) pomagając zminimalizować problemy z starzejącą się skórą. Granat sam w sobie jest również bombą przeciwutleniaczy (kwas elagowy!), skarbnicą witaminy C i K, miedzi i cynku. Polecam Wam nie tylko szukać tego owocu w kosmetykach, ale też dziennie pić z niego sok! Teraz nie będę się na ten temat rozpisywać, ale bez problemu znajdziecie mnóstwo informacji na temat korzyści, jakie dosłownie płyną z granatu :)



Jak zwykle przed nałożeniem maski w płachcie dokładnie oczyszczam twarz wykonując peeling - tym razem był to ziołowy peeling enzymatyczny z Organique. Płachtę trzymałam o 10 minut dłużej niż zaleca producent, ze względu na to, że w lato moja skóra z normalnej staje się skórą skłonną do przesuszeń i chciałam, aby wchłonęła w siebie tyle, ile to możliwe :) Spodziewałam się soczystego zapachu granatu, jednak niestety na tym polu się przeliczyłam. Maska ma słodką, łagodną woń - ładną, nienachalną, ale niezbyt naturalną. 


Esencja, którą nasączona jest maska, jest esencją wodną. Dla mnie jest to duży plus, gdyż właśnie ten typ preferuje - łatwo, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu na skórze. Wychodzi na to, że z masek Innisfree, które zreceznowałam, jedynie wersja z kiwi posiadała esencję o mleczej konsystencji. Płachta jak zwykle bez zastrzeżeń - trójwarstwowa, wykonana z syntetycznego jedwabiu, nie drze się, ładnie przylega i dobrze trzyma w sobie lejącą się esencję. 


Przechodząc już do efektów, które wszystkich interesują zapewne najbardziej - zobaczymy, czy na sam koniec testów Innisfree nie zawiodło :) Przypominam, że według obietnic producenta, skóra miała być ujędrniona i rozpromieniona. Od razu po ściągnięciu płachty zauważalne było jej spulchnienie, dobre nawilżenie i wygładzenie. Po chwili dostrzegłam też zmniejszenie się podrażnień spowodowanych promieniami słonecznymi i ogólne rozpromienienie cery, co wpłynęło na jej zdrowy i wypoczęty wygląd. W ciągu nocy skóra widocznie się zregenerowała utrzymując dobry poziom nawilżenia, promienność i pulchność, czyli trzy widoczne efekty długotrwałe, za które najbardziej cenię tą maskę :) Naprawdę dobry wynik!


Podsumowując, bardzo liczyłam na tę wersje It's Real Squeeze właśnie ze względu na to, że wiem jakie cuda potrafi zdziałać sok z granatu. Tutaj mamy go na siódmym miejscu w składzie, pośród wielu naturalnych ekstraktów, czyli siłą rzeczy - ta maska musiała przynieść zadowalające efekty :) Rozpromienie, ujędrnienie i zregenerowanie. Polecam wypróbować ten produkt każdemu zmagającemu się z starzejącą skórą lub matową czy poszarzałą, Jestem bardzo szczęśliwa, że dzięki Singashop miałam okazję trafić na markę Innisfree, bo ma niemalże idealne składy, co później widoczne jest na cerze - oczywiście pozytywnie! To z pewnością nie będzie nasze ostatnie spotkanie :)

Znalezione obrazy dla zapytania singashop
SPOD PĘDZLA ŁUKASZA BIER | MAKIJAŻ SMOKEY EYE Z UŻYCIEM TAŚMY

SPOD PĘDZLA ŁUKASZA BIER | MAKIJAŻ SMOKEY EYE Z UŻYCIEM TAŚMY


Hej! Przychodzę do Was z drugim już postem powstałym we współpracy z blogerem i wizażystą Łukaszem Bier. Relacja z poprzedniej sesji wciąż cieszy się na moim blogu niemałym zainteresowaniem, a wykonany makijaż bardzo przypadł Wam do gustu. Oboje cieszymy się z tak pozytywnego odbioru! Dla mnie było to zupełnym zaskoczeniem i znakiem, że z chęcią czytacie makijażowe posty. Nietrudno się domyślić, że pojawienie się kolejnej propozycji było kwestią czasu :)



Pogoda za oknem sprzyja, dlatego tym razem na sesję wybraliśmy się w plener. Czas spędzony w Grecji poskutkował złotą opalenizną, którą wyeksponowaliśmy ubierając mnie w bluzkę z odkrytymi ramionami. Wieki temu podkradłam ją mamie, kiedy chciała znaleźć dla niej nowy dom :) Dobraliśmy do całości wianek z drobnych kwiatów, włosy upięliśmy w zaniedbany koczek i, właśnie w ten sposób, wyszedł nam sensualny, boho, nieco ślubny klimat :)



Kluczowy w tym wszystkim jest oczywiście makijaż, który wykonał Łukasz Bier. Postawił na smokey eye z użyciem taśmy. Nigdy nie próbowałam tego triku, ale musicie przyznać, że cudownie wyciąga oko. Całość utrzymana jest w odcieniach czerni i oberżyny. Smokey eye uważałam zawsze za zbyt mocną opcję dla mojej urody, jednak w tym wydaniu czułam się naprawdę świetnie! Sądzę, że ten makijaż, mimo wszystko, jest dość subtelny, nieco egzotyczny i kobiecy. Dziękuję Łukaszowi, że zachęcił mnie tym makijażem do eksperymentowania ze smokey eye - zarówno tym klasycznym, jak i tym z użyciem taśmy :) Na pewno w najbliższym czasie pochwalę się jak mi poszło!


Z kolei jeśli Wy chcecie odtworzyć ten look to zapraszam Was serdecznie na bloga Łukasza. Tam znajdziecie post z wykonaniem tego makijażu krok po kroku i bardziej szczegółowe zdjęcia. Sami zobaczycie, że nie jest to tak skomplikowane jak mogłoby się wydawać :) Koniecznie dajcie znać w komentarzach czy spróbujecie!

Z chęcią czytasz posty z serii "Spod pędzla"? Jak podoba Ci się propozycja makijażu smokey eye?



ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK CUCUMBER

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK CUCUMBER

O tak. Zdaję sobie sprawę z tego, jak długi czas mnie z Wami nie było. Spędziłam kilkanaście relaksujących, otoczonych śródziemnomorską, grecką aurą dni... bez połączenia z Internetem. Niestety, nie byłam w stanie opublikować postów, które przygotowałam dla Was wcześniej. Jestem jednak naładowana słoneczną energią do pełna, więc obiecuję, że bardzo szybko nadrobię wszelkie zaległości. Swoją drogą! Może bylibyście chętni na posta o mojej podróży do Grecji? Przy okazji zahaczyłam o kilka innych ciekawych miejsc, którymi mogłabym się z Wami podzielić... Piszcie koniecznie w komentarzach!


Porzucając wakacyjną aurę i przechodząc już do bohaterki dzisiejszej Zamaskowanej Środy - maski Innisfree It's Real Squeeze Mask w wersji z ogórkiem - to na nią z całej piątki, którą otrzymałam do testów, liczyłam najbardziej. W sklepie internetowym Innisfree, akurat ta jest bestsellerem i zbiera niemalże same pochwały. Sam ogórek składa się przecież aż z 96% z wody - z tej maski słowo "nawilżenie", krzyczało niemalże samo. Rozczarowałam się czy zakochałam? Czytajcie dalej :)


Słońce zaczęło dawać się we znaki i delikatnie przesuszyło moją skórę twarzy. W takich przypadkach zawsze funduję jej porządną, nawilżającą maskę i staram się nie zapominać o wodzie termalnej - aktualnie używam tej marki Avene (spisuje się doskonale!).  Producent o masce Innisfree cucumber mówi, że obficie nawilża suchą skórę i zapobiega jej odwodnieniu. Brzmiało idealnie w porównaniu z moimi aktualnymi potrzebami - wykonałam delikatny peeling enzymatyczny z ziołami marki Organique, spryskałam twarz wodą termalną i nałożyłam maskę. Zapach po raz kolejny cudowny - jak klasyczna, każdemu znana lemoniada z ogórkiem! Po 30 minutach relaksu wyciągnęłam resztki esencji z opakowania i wklepałam w skórę twarzy i miejsca, które mogłam lepiej ukryć przed słońcem... :)


Esencja, jak spodziewałam się w przypadku ogórkowej wersji, jest esencją wodną. Taki typ bardzo dobrze się wchłania i ma swoją dodatkową zaletę, jaką jest przyjemne uczucie schłodzenia i ulgi po nadmiernym kontakcie skóry z promieniowaniem słonecznym. Trzywarstwowa płachta z syntetycznego jedwabiu nieco gorzej przylegała do twarzy, jednak nie ze względu na jej złe dopasowanie, a nierównomierne namoczenie płachty w esencji. Przez to w niektórych miejscach po kilku minutach tkanina się bąblowała. Wydaje mi się być to przypadkiem rzadkim, bo w poprzednich maskach Innisfree, które testowałam nie miało to miejsca :)


Jak zwykle, przyjrzyjmy się temu, co skrywa maska i składnikowi przewodniemu, czyli esktraktowi z ogórka. Znajdziemy go na siódmym miejscu w składzie, w ilości 200mg. Ekstrakt z ogórka ma dokładnie takie działanie, jakie samo się nasuwa - odświeżające, kojące i chłodzące. Każdy z nas przynajmniej raz wypróbował plastry ogórka położone na powieki. Czy właśnie nie tak zadziałały? Jeśli ekstrakt z ogórka stosowany jest systematycznie również rewitalizuje i wygładza zmarszczki, przez co chętnie wykorzystywany jest np. w kremach pod oczy. Skład pełen jest innych wartościowych ekstraktów. Między innymi z zielonej herbaty, kamelii, opuncji czy mandarynki. Innisfree nazywa je Jeju green complex, jednak o tym szerzej wypowiadałam się w poprzednich recenzjach, więc zachęcam do ich odświeżenia :) Dalej w składzie mamy typowe dla masek w płachcie substancje nawilżające. Betaina, sól potasowa kwasu hialuronowego, woda i gliceryna pojawiają się w każdej It's Real Squeeze. 


Maska przyniosła mojej skórze dużą ulgę po dniu spędzonym na słońcu. Odświeżyła ją i przyjemnie schłodziła. Poziom nawilżenia był przyzwoity, jednak dla posiadaczek cer bardzo suchych mógłby on okazać się niewystarczający. Na pewno nie użyłabym tej wersji It's Real Squeeze, jako maski bankietowej ze względu na to, że nie przyniosła nadzwyczajnych efektów długotrwałych. Z chęcią będę po nią sięgać raczej w takie dni, gdzie potrzebuję lekkiej, nieobciążającej konsystencji, która spełni swoje podstawowe założenia i będzie dawała natychmiastowy, odświeżający efekt. Następnym razem przed użyciem schłodzę ją w lodówce, aby jeszcze bardziej podkręcić jej chłodzące działanie. Wspomniałam na początku, że wsmarowałam resztki esencji w miejsca, które były delikatnie podrażnione od promieni słonecznych. Efekt był bardzo pozytywny, uczucie ciepła i nieznaczne zaczerwienienie zniknęło.


Podsumowując, rezerwuję ogórkową wersję It's Real Squeeze na odpreżające wieczory po letnich, upalnych dniach, kiedy skóra aż woła o ukojenie. Jak dla mnie, doskonale sprawdza się w tej roli i to czyni ją bardzo przyjemną, lekką maską do codziennego użytku. Jej największy plus to działanie odświeżające i chłodzące, dlatego żałuję, że nie włożyłam jej wcześniej do lodówki. Już jednak zapowiedziałam, że następnym razem włączę ten krok do całej ceremonii, a wtedy wtrącę w tego posta jakiś krótki edit. Produkt zakupicie w sklepie internetowym Singashop.pl w cenie 12 zł.

Znalezione obrazy dla zapytania singashop

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK ROSE

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK ROSE


Mam przyjemność pisać tego posta spoglądając na przepiękny bieszczadzki krajobraz. Jestem absolutnie zauroczona i natchniona tym niesamowitym widokiem. Jeśli zastanawiacie się nad miejscem w Polsce, gdzie warto spędzić kilka dni, serdecznie polecam Wam właśnie Bieszczady, a konkretniej - Jezioro Solińskie. Jedno z piękniejszych miejsc, które do tej pory udało mi się zobaczyć. Podczas tego wyjazdu naskrobałam dla Was kilka nowych wpisów, ale dziś zapraszam na recenzję Innisfree It's Real Squeeze Mask Rose.


Klimatyzacja w samochodzie i lekkie przeziębienie widocznie odbiły się na stanie mojej skóry. Była przesuszona oraz nabrała ziemistego i matowego wyglądu - zdecydowanie błagała mnie, bym sprawiła jej coś ekstra. Po podróży nic nie działa na mnie lepiej jak maska w płachcie, więc na wyjazd zabrałam kilka tych marki Innisfree. Wybór szybko padł na wersję Rose, która ma regenerować, zapewnić rozświetlenie i wygładzenie cery, czyli to, czego akurat bardzo potrzebowałam. Jeśli czytaliście poprzednie posty Zamaskowanej Środy, to doskonale wiecie, że opakowania masek Innisfree zdecydowanie należą do moich ulubionych. Czytając Wasze komentarze wnioskuję, że nie tylko mnie uracza ten delikatny, harmonijny, bliski naturze design :) 


Wiedząc, jak dobre działanie na moją skórę ma róża - czy to stulistna, czy demesceńska - postanowiłam wykonać mini-rytuał z nią w roli głównej. Oczyściłam twarz płynem micelarnym z różanej serii Bielendy, spryskałam ją wodą różaną i wmasowałam odrobinę olejku różanego - również z Bielendy. Na tak przygotowaną skórę nałożyłam maskę i przez 30 minut myślami przeniosłam się do pięknego i mistycznego rosarium. Zapach maski jest bardzo delikatny, naturalny, świeży i odprężający. Czułam się wyjątkowo zrelaksowana, za co po kilku godzinnej podróży byłam wyjątkowo wdzięczna.


Esencja jest rzadka i lejąca, co starałam się uchwycić na zdjęciu powyżej. Wodne esencje, które spośród trzech typów są tymi najlżejszymi, bardzo szybko się wchłaniają i nie zostawiają na skórze lepiącego filmu. Płachta składa się z trzech warstw wykonanych z syntetycznego jedwabiu, co nadaje jej wytrzymałość, ale i odpowiednią elastyczność. 


Składnikiem gwiazdą tej maski jest olej z róży stulistnej, który plasuje się na siódmym miejscu w składzie. Sam w sobie przyzwoicie nawilża, rozświetla, a oprócz tego jest również bardzo dobrym antyoksydantem. Buszując nieco dalej w składzie doszukamy się rownież wielu roślinnych ekstraktów, które pojawiają się w każdej masce z serii It's Real Squeeze. Marka Innisfree stawia przede wszystkim na wykorzystanie dóbr roślinności z wyspy Jeju (Korea Południowa), co w swoich kosmetykach zawierają pod nazwą Jeju complex. Jest to koktajl ekstraktów z zielonej herbaty, mandarynki, kaktusa, kamelii japońskiej i orichidei. Mikstura ma działanie oczyszczające, przeciwzapalne i antyoksydacyjne. Oprócz tego, co wymieniłam kilka linijek wyżej, maska posiada typowe składniki takie jak woda, gliceryna, betaina czy sól potasowa kwasu hialuronowego, czyli podstawowa mieszanka nawilżająca, którą możemy znaleźć w większości masek w płachcie.


Przechodząc stricte do jej działania - maska przywróciła moją cerę do życia. Odzyskała promienność, dobry poziom nawilżenia, w dotyka była miękka i gładka. Mimo, że trzymałam maskę dłużej niż zalecał producent, nie spowodowała podrażnień. Esencja została wchłonięta całkowicie i nie pozostawiła lepkiej warstwy na skórze, co czyni tą maskę idealną do użycia rano czy przed większym wyjściem. Moja skóra wypoczęła i nabrała zdrowego, rozświetlonego wyglądu. 


Mogę śmiało również wyróżnić wersję różaną pod względem działania rozswietlającego, na tle reszty przetestowanych przeze mnie masek Innisfree. W tej, efekt promiennej skóry był najlepiej zauważalny. Przede mną jeszcze dwie maski z tej serii: ogórek i granat, ale już mogę powiedzieć, że do Rose na pewno będę wracać. Jak pisałam, będzie świetna jako maska bankietowa, ponieważ ekspresowo potrafi poprawić wizualny wygląd naszej skóry, a przy tym dobrze ją nawilżyć i zregenerować. Maska kosztuje 12 zł i możecie dostać ją w sklepie internetowym SingaShop.

Znalezione obrazy dla zapytania singashop

OPENBOX | CUTEBOX "SPRINGTIME" MAJ 2017

OPENBOX | CUTEBOX "SPRINGTIME" MAJ 2017


Majowe pudełeczko CuteBox jest już niestety ostatnim, które do mnie przybyło. Firma kończy swoją działalność, w związku z czym wysyłka odbyła się z niemałym opóźnieniem. Na prezentacje zawartości majowej edycji przychodzi mi więc zapraszać Was dopiero w połowie czerwca. Jak jednak mówią, lepiej późno niż wcale - zobaczmy, jak na tle poprzednich, wypadł ostatni CuteBox.


1. POLNY WARKOCZ - MAZIDŁO ZE SKRZYPU POLNEGO 50ML
Obecność kosmetyku Polny Warkocz w pudełku cieszy mnie najbardziej, mimo, że wcześniej marka była mi całkowice obca. Wersję mazidła można wybrać samemu przy składaniu zamówienia - u mnie jest to krem ze skrzypu polnego dla cery naczynkowej. Skład jest prosty i naturalny, co wynika z inspiracji marki wiedzą, kulturą oraz dziedzictwem naszych przodków - Słowian. Odsyłam Was na ich stronę - koniecznie rozejrzcie się za mazidłem przeznaczonym do potrzeb Waszej cery :)
Cena: 26 zł.


2. CZYSTY STOLIK - POJEMNIK NA ZUŻYTE TOREBKI HERBATY
Nie jestem gadżeciarą, nie lubię zbędnych przedmiotów w swoim otoczeniu. Pojemnik na odpadki Czysty Stolik, który ma nam pomagać w zachowaniu porządku na naszym stole, biurku, u mnie znajdzie raczej zastosowanie w przechowywaniu wacików lub próbek perfum. 
Cena do: 21,99 zł.



3. SILCARE - JEDWAB DO WŁOSÓW + WITAMINY 200ML
Po raz kolejny Silcare - na cztery edycje, które zamówiłam, aż w trzech pojawił się jakiś produkt tego producenta. Tym razem mamy do czynienia z mgiełką z jedwabiem i witaminami, która ma nadawać niesamowitą miękkość włosom, wygładzać je i nawilżać. Akurat takiego typu kosmetyki schodzą u mnie w eksrepsowym tempie, więc na pewno żużyję.
Cena: 11,99 zł.


4. SILCARE - REGENELASH NATURALNY OLEJEK DO RZĘS 6ML
Drugi produkt Silcare w pudełeczku - na opakowaniu widnieje nazwa Amely Lashes System, jednak producentem jest już nam dobrze znany Silcare. Regenelash jest to olejek z witaminą A, E i F, który może być używany jako odżywka do rzęs, jak i do brwi. Aplikator w formie pipety na pewno się u mnie nie sprawdzi, do nakładania będę używać szczoteczki po tuszu do rzęs. 
Cena: 9,99 zł.



5. KSIĄŻKA "CAŁA NADZIEJA W PARYŻU" DEBORAH MCKINLAY
Pierwszy raz wybrałam ksiażkę z kategorii romans. Zbliża się lato, więc postawiłam na lekką tematykę, idealną na leniwe popołudnia na hamaku. Do lektury jeszcze się nie zebrałam, "Cała nadzieja w Paryżu" na razie ląduje na wakacyjnym stosiku :)
Cena: 29,90 zł.



Oto wszystko co znalazło się w pudełku. Zabrakłow karteczki z wypisanymi produktami i ich cenami, więc tych doszukiwałam się sama. Wartość mojej majowej edycji to 99,87 zł, czyli przewyższa ona niemalże dwuktronie cenę pudełeczka (49,90 zł plus koszt wysyłki). Najbardziej zadowolona jestem z mazidła do twarzy - czekam, aż Polny Warkocz poszerzy swój asortyment :) Kolejne pojawienie się Silcare i to aż dwukrotnie, zaczęło robić się nudne - tego typu pudełeczka mają zapoznawać klienta z nowymi, ciekawymi markami, a nie wciskać wciąż jedną i tą samą do każdej edycji. Szkoda, że CuteBox kończy swoją działalność, bo zawsze bardzo wyczekiwałam kolejnego pudełeczka i w gruncie rzeczy nigdy nie byłam zawiedziona. Poznałam kilka świetnych kosmetyków, do których z chęcią kiedyś wrócę.

Drogi Zespole CuteBox - spełniliście swoją misję i przykro mi, że byłam z Wami tylko przez cztery edycje!


Na razie robię sobie przerwę od boxów subskrypcyjnych, ponieważ muszę zużyć kosmetyczne zapasy :) Może za pewien czas trafię na jakiś ciekawy to chęcią przyjrzę mu się bliżej, więc jeśli znacie pudełeczka warte uwagi, dajcie znać w komentarzach!



ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK MANUKA HONEY

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK MANUKA HONEY


Przed nami kolejny (tutaj macie poprzedni <klik>) wpis Zamaskowanej Środy we współpracy z Singashop, który, jak udało mi się zasłyszeć, poszerza swój asortyment aż czterokrotnie! Na myśl o tym sama przebieram nożkami, ale dziś zapraszam Was na recenzję maski Innisfree It's Real Squeeze Mask Manuka Honey, która jest dostępna w sklepie internetowym już teraz :) 


Jeśli czytaliście wpis o masce w wersji kiwi, to już doskonale wiecie, jak zauroczyły mnie opakowania całej serii It's Real Squeeze Mask. Nie będę się więc nad tym zbytnio rozwodzić - po prostu spójrzcie, jak realnie, a przez to smakowicie, wygląda ten złocisty plaster miodu... :) Dzięki temu, już na samym wstępie czuję się bardziej przekonana, że produkt wykorzystuje to, co dobrego daje nam natura.


Oczyściłam twarz kojącym płynem micelarnym Bielenda i spryskałam twarz wodą różaną. Na tak przygotowaną skórę nałożyłam płachtę, po około 10 minutach odwróciłam ją na drugą stronę (to podchwycony trik, aby wyciągnąć z maski jak najwięcej, o ile druga strona nie zdążyła podeschnąć) i odczekalam jeszcze 5 minut. Do płachty nie mam zastrzeżeń - wykonana z syntetycznego jedwabiu, dobrze się trzyma, nie zsuwa, jest odpowiednio elastyczna. Zapach z początku był dla mnie dość drażniący (przykry skutek alkoholu w składzie), jednak mając już później produkt na twarzy, można było wyczuć jedynie delikatną słodką woń.


W masce Innisfree Manuka Honey mamy do czynienia z esencją wodną, która w swojej konsystencji jest lżejsza od emulsji - przez co łatwiej i szybciej wchłaniana jest przez skórę. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, ten typ esencji jest bardzo rzadki i lejący, przez co możemy spodziewać się jej nadmiaru na dnie opakowania. Wiecie jednak, że takich resztek się nie marnuje - wklepałam esencję w szyję i dekolt.


Jak mówi opis z tyłu opakowania, maska zawiera bogaty w składniki odżywcze miód manuka (w praktyce jest to ekstrakt, siódme miejsce w składzie), który nawilża suchą skórę nadając jej zdrowego wyglądu. Singashop w polskim tłumaczeniu dodaje, że produkt dodatkowo intensywnie regeneruje, odżywia, łagodzi podrażnienia (co zawdzięczamy soku z aloesu) i hamuje procesy starzenia. Analizując skład, zwróciłam uwagę na tzw. Jeju green complex. Pod tym skrótem kryje się aż pięć ekstraktów, które zawiera każda maska z serii It's Real Squeeze Mask: ekstrakt z zielonej herbaty, mandarynki, kaktusa, kamelii japońskiej i orichidei. Ten kompleks jest na pewno czymś wyróżniającym te maski, bo wcześniej nie miałam o nim pojęcia; ma on zapewniać zdrowy wygląd naszej skórze. Mamy również kilka typowych substancji, takie jak sól potasowa kwasu hialuronowego, betaina czy gliceryna, które odpowiadają za działanie głęboko nawilżające. Innisfree w swoich kosmetykach nie stosuje składników zwierzęcych - miód manuka powstaje z nektaru krzewów manuka rosnących w Nowej Zelandii i jest nieziemsko drogi.


Przechodząc do rezultatów, czyli tego, co zapewne najbardziej Was interesuje :) Wersja miód manuka z nawilżaniem skóry poradziła sobie bardzo dobrze, czyli jej główne przeznaczenie zdało egzamin na piątkę. Cera wyglądała na zdrowszą, widocznie odżywioną, zyskała też, ostatnio bardzo pożądane określenie, delikatny dewy look.  Ze względu na obecność soku z aloesu w składzie, bardzo liczyłam na załagodzenie podrażnień i faktycznie zaczerwienienia stały się mniej widoczne. 


Maski Innisfree pomału robią sobie u mnie bardzo dobrą opinię; spełniają swoje główne założenia, składy mają niemalże bez zastrzeżeń i, co dla mnie bardzo istotne, nie podrażniają mojej skóry, a wręcz ją uspokajają. Dodatkowy plus za kompleks Jeju green - liczę, że ekstrakty w nim zawarte przy systematycznym stosowaniu masek z serii It's Real Squeeze Mask pomogą zachować zdrowy wygląd mojej cery. Możecie je dostać w sklepie internetowym Singashop w cenie 12 zł lub w pakiecie pięciu sztuk za 50 zł. Jako ekonomistka - sugerowałabym opcję numer dwa :)

Znalezione obrazy dla zapytania singashop


Copyright © 2014 LAOLAMIKU , Blogger