Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE


Dzisiejszym postem zamykam serię recenzji masek It's Real Squeeze Mask. Głęboko wierzę, że moja opinia pomogła komuś w doborze odpowiedniej dla siebie maski Innisfree :) Ich wybór jest znacznie szerszy niż to, co pokazałam na blogu, więc na pewno jest w czym wybierać. Może zdążyliście już jakąś przetestować na własnej skórze? Jeśli tak, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach jak się sprawdziła!


Wersja z granatem ma w swoim głównym założeniu sprawiać, aby skóra była jędrna i promienna, a przy czym jednocześnie redukować zmarszczki. Od razu zaznaczę, że po jednorazowym użyciu tej maski nie jestem w stanie zauważyć czy ta faktycznie je spłyca. Tym bardziej, że zmarszczek nie mam jeszcze za wiele - ot, może drobne zaczątki mimicznych pod oczami :) Powszechnie wiadomo jednak, że sok z granatu stymuluje komórki produkujące kolagen (dla dociekliwszych - są to fibroblasty) pomagając zminimalizować problemy z starzejącą się skórą. Granat sam w sobie jest również bombą przeciwutleniaczy (kwas elagowy!), skarbnicą witaminy C i K, miedzi i cynku. Polecam Wam nie tylko szukać tego owocu w kosmetykach, ale też dziennie pić z niego sok! Teraz nie będę się na ten temat rozpisywać, ale bez problemu znajdziecie mnóstwo informacji na temat korzyści, jakie dosłownie płyną z granatu :)



Jak zwykle przed nałożeniem maski w płachcie dokładnie oczyszczam twarz wykonując peeling - tym razem był to ziołowy peeling enzymatyczny z Organique. Płachtę trzymałam o 10 minut dłużej niż zaleca producent, ze względu na to, że w lato moja skóra z normalnej staje się skórą skłonną do przesuszeń i chciałam, aby wchłonęła w siebie tyle, ile to możliwe :) Spodziewałam się soczystego zapachu granatu, jednak niestety na tym polu się przeliczyłam. Maska ma słodką, łagodną woń - ładną, nienachalną, ale niezbyt naturalną. 


Esencja, którą nasączona jest maska, jest esencją wodną. Dla mnie jest to duży plus, gdyż właśnie ten typ preferuje - łatwo, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu na skórze. Wychodzi na to, że z masek Innisfree, które zreceznowałam, jedynie wersja z kiwi posiadała esencję o mleczej konsystencji. Płachta jak zwykle bez zastrzeżeń - trójwarstwowa, wykonana z syntetycznego jedwabiu, nie drze się, ładnie przylega i dobrze trzyma w sobie lejącą się esencję. 


Przechodząc już do efektów, które wszystkich interesują zapewne najbardziej - zobaczymy, czy na sam koniec testów Innisfree nie zawiodło :) Przypominam, że według obietnic producenta, skóra miała być ujędrniona i rozpromieniona. Od razu po ściągnięciu płachty zauważalne było jej spulchnienie, dobre nawilżenie i wygładzenie. Po chwili dostrzegłam też zmniejszenie się podrażnień spowodowanych promieniami słonecznymi i ogólne rozpromienienie cery, co wpłynęło na jej zdrowy i wypoczęty wygląd. W ciągu nocy skóra widocznie się zregenerowała utrzymując dobry poziom nawilżenia, promienność i pulchność, czyli trzy widoczne efekty długotrwałe, za które najbardziej cenię tą maskę :) Naprawdę dobry wynik!


Podsumowując, bardzo liczyłam na tę wersje It's Real Squeeze właśnie ze względu na to, że wiem jakie cuda potrafi zdziałać sok z granatu. Tutaj mamy go na siódmym miejscu w składzie, pośród wielu naturalnych ekstraktów, czyli siłą rzeczy - ta maska musiała przynieść zadowalające efekty :) Rozpromienie, ujędrnienie i zregenerowanie. Polecam wypróbować ten produkt każdemu zmagającemu się z starzejącą skórą lub matową czy poszarzałą, Jestem bardzo szczęśliwa, że dzięki Singashop miałam okazję trafić na markę Innisfree, bo ma niemalże idealne składy, co później widoczne jest na cerze - oczywiście pozytywnie! To z pewnością nie będzie nasze ostatnie spotkanie :)

Znalezione obrazy dla zapytania singashop
DENKO #1 | JEAN PAUL GAULTIER, THE BODY SHOP, ORGANIC SHOP, BATISTE, GARNIER

DENKO #1 | JEAN PAUL GAULTIER, THE BODY SHOP, ORGANIC SHOP, BATISTE, GARNIER


Zapraszam na swoje pierwsze denko, czyli post z moimi ostatnimi kosmetycznymi zużyciami. Nie będą się one pojawiać regularnie co miesiąc, bo doskonale wiecie, jak rzadko się to zdarza. W jednym miesiącu nie dobijacie żadnego denka, a w następnym wyrzucacie kilkanaście pustych opakowań. Na koniec opisu każdego kosmetyku zostawiam dla Was adnotację, czy kupię czy nie kupię produktu ponownie. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, czy już mieliście któregoś z bohaterów dzisiejszego denka i jak Wam się sprawdził (lub nie!)  :)


JEAN PAUL GAULTIER | CLASSIQUE

Te perfumy to zdecydowanie zapach, z którym kompletnie się utożsamiam. Niesamowicie pewny siebie, fantazyjny, nieco nieprzyzwoity, ale zachowujący klasę. Zresztą Classique to, póki co, jedyne perfumy, których kupiłam w swoim życiu więcej niż jeden flakonik. Sprawiam je sobie zazwyczaj z okazji swoich urodzin i używam namiętnie w okresie jesienno-zimowym. Skończyły mi się w idealnym momencie, kiedy to Słońce grzeje coraz mocniej i wypadałoby się przerzucić na coś lżejszego :)
KUPIĘ PONOWNIE


THE BODY SHOP | VITAMIN E MOISTURE CREAM

Niestety, bardzo przeciętny krem na dzień, którego cena z pewnością nie jest adekwatna do działania. Nawilża w małym stopniu i nie wchłania się całkowicie, przez co pozostawia lepką, klejącą warstwę, a tego nie jestem w stanie znieść. Na pewno nie zadowoli osób, które zmagają się z suchymi skórkami lub tych oczekujących dogłębnego nawilżenia. Za tę cenę znam szereg innych produktów, które są znacząco lepsze od propozycji The Body Shop. 
NIE KUPIĘ PONOWNIE


ORGANIC SHOP | PEELING DO CIAŁA SWEET ALMOND & CANE SUGAR

Mój pierwszy produkt Organic Shop, który w drogerii skusił mnie swoim słodkim, nieco świątecznym, ciepłym zapachem. Po użyciu peelingu jeszcze długo utrzymuje się on na skórze, co dla mnie jest dużym plusem. Na opakowaniu możecie przeczytać zagadkowe foamy body polish, co w praktyce oznacza, że kosmetyk jest peelingiem myjącym. Mnie takie bardzo odpowiadają, bo są szybkie i wygodne w użyciu, dobre do codziennego użytkowania.
KUPIĘ PONOWNIE (w innej wersji zapachowej)



BATISTE | SUCHY SZAMPON XXL VOLUME

Wariant XXL Volume ma dodawać objętości, co faktycznie się dzieje, jednak odbywa się to zbyt dużym kosztem. Mam wrażenie, że ten produkt jest połączeniem suchego szamponu i lakieru do włosów, ponieważ bardzo je skleja, usztywnia, przez co są potem niemożliwe do rozczesania. Późniejsze mycie włosów jest bardzo uciążliwe, bo delikatne szampony nie chcą pienić się na tej "skorupie". Nie, nie, zdecydowanie zostaje przy podstawowych wersjach Batiste...
NIE KUPIĘ PONOWNIE




GARNIER | PŁYN MICELARNY 3 W 1 SKÓRA WRAŻLIWA

Myślę, że nie ma się co zbytnio rozwodzić, bo każdy już o tym micelu słyszał, a nawet pewnie wiele z Was ma swoją własną opinię na jego temat :) Dla mnie był poprawny, dobrze rozpuszczał nawet mocny makijaż oczu, nie podrażniał, nie mglił oczu. Nie kupię go ponownie tylko dlatego, że przerzuciłam się na kojący płyn micelarny Bielenda, który dodatkowo pozostawia skórę gładką i miękką, czego Garnier mi nie zapewniał.
NIE KUPIĘ PONOWNIE



Zachęcam do komentowania :)





ZAMASKOWANA ŚRODA | CLOCHEE NAWILŻAJĄCA MASKA Z GLINKĄ CZERWONĄ

ZAMASKOWANA ŚRODA | CLOCHEE NAWILŻAJĄCA MASKA Z GLINKĄ CZERWONĄ


Maskę Clochee miałam okazję wypróbować dzięki pudełku CuteBox, w którego marcowej edycji znalazłam to niepozorne maleństwo. Jest to właściwie moja pierwsza styczność z Clochee, mimo tego, że z chęcią wpieram polskie firmy kosmetyczne i często sięgam po ich produkty. Po zastosowaniu maski, która będzie tematem dzisiejszej Zamaskowanej Środy, w trymiga nadrobiłam zaległości i zapoznałam się z ofertą, filozofią, jak i misją marki. Wszystkiego możecie się dowiedzieć na ich stronie clochee.com. Zdradzę tylko, że "omnia subiecta sunt naturae"... Jeśli znacie jakiś ich kosmetyk godny polecenia, to koniecznie podzielcie się tym ze mną w komentarzach!


Jak wspominałam, maskę otrzymałam w pudełku CuteBox, więc nie miałam wpływu na jej rodzaj. Los mi jednak sprzyja i trafiłam na wersję dokładnie taką, na jaką po cichu liczyłam - nawilżającą z czerwoną glinką. Clochee w ofercie ma jeszcze maseczkę detoksującą z glinką białą oraz oczyszczającą z glinką zieloną. Oba rodzaje męczyłam niemiłosiernie, kiedy walczyłam z nadmiernym przetłuszczaniem się mojej skóry, więc szczerze powiedziawszy, na czerwoną nawet nie spoglądałam. Dzisiaj w końcu mogę ją przetestować w formie gotowej maseczki - polubiłyśmy się?


Saszetkę z produktem mamy przedzieloną na pół tak, aby starczyła na dwie aplikacje (2 razy po 6ml). Producent w sposobie użycia zaznacza, aby pokryć twarz i szyję grubą warstwą maski. Jednak z przykrością muszę stwierdzić, że 6ml nie pozwala na jej dokładne rozprowadzenie bez prześwitów na twarzy, a co dopiero na szyi. Musiałabym zużyć obie saszetki, czego nie chciałam robić przy masce za 17 zł... Odczekałam zalecane 15 minut i zmyłam ją letnią wodą. To, co zauważyłam od razu, to napięcie skóry (nie mylić z ściągnięcięm!), któremu towarzyszyło bardzo dobre nawilżenie! Skóra była miękka w dotyku, co na pewno po części można zawdzięczać ekstraktowi z lnu, który ma działanie odżywiające, wygładzające i rozświetlające. Maska zawiera również ekstrakt z jabłka, którego osobiście używam w swoich domowych preparatach na przebarwienia, gdyż pobudza on odnowę naskórka i jest dobrym przeciwutleniaczem.


Ze względu na glinkę czerwoną produkt ten zaleca się posiadaczom skóry wrażliwiej i naczyniowej, jak i tym borykającymi się z trądzikiem różowatym. Moja cera ma skłonności do czerwienienia się na policzkach i tym też reaguje przy drażliwych kosmetykach, wyższych temperaturach czy pocieraniu. Maska Clochee żadnej krzywdy mi nie zrobiła, uspokoiła niewielkie zaczerwienienia, głównie napięła i nawilżyła skórę. Ze względu na cenę 17 zł i fakt, że używam już ekstraktu z jabłka w swoim serum, raczej jednak do niej nie wrócę. Czuję się za to zachęcona do zakupu czystej czerwonej glinki i zobaczeniu, czy przy regularnym stosowaniu będzie zapobiegać ona rozszerzaniu się moich naczynek krwionośnych.

Używacie masek z glinkami, czy stosujecie je solo? Jakie efekty widzicie u siebie przy regularnym używaniu?



ZAMASKOWANA ŚRODA | ELIZAVECCA MILKY PIGGY CARBONATED BUBBLE CLAY MASK

ZAMASKOWANA ŚRODA | ELIZAVECCA MILKY PIGGY CARBONATED BUBBLE CLAY MASK


Dzisiaj odejdziemy na chwilę od testowania masek w płachcie, ponieważ po raz pierwszy bohaterem Zamaskowanej Środy będzie klasyczna maska do późniejszego zmycia :) Jak mogliście zobaczyć w poście Haul z Jolse, niedawno zakupiłam najpopularniejszą maskę koreańskiej marki Elizavecca. Na pewno słyszeliście już o Milky Piggy Carbonated Bubble Clay Mask, która zasłynęła dzięki swojej bąbelkującej formule. Muszę przyznać, że to najzabawniejszy kosmetyk pielęgnacyjny, jaki przyszło mi testować. Ciekawi mojej recenzji? Zapraszam do czytania :)


Z nazwy Carbonated Bubble Clay Mask możemy dowiedzieć się paru najważniejszych informacji o tej masce. Producent opisując ją przymiotnikiem carbonated zaznacza, że w składzie znajdziemy między innymi węgiel drzewny, który zmniejsza widoczność porów oraz absorbuje nadmierną ilość ludzkiego sebum. W masce znajdziemy także białą glinkę, która doskonale matuje i ściąga skórę, a regularne jej stosowanie oczyszcza, wygładza i wyrównuje koloryt. W składzie doszukamy się również kolagenu i ekstraktów z zielonej herbaty, które działają przeciwzapalnie oraz hamują procesy starzenia się skóry. Rozszyfrujmy jeszcze pojęcie bubble, które określa po prostu to, co dzieje się z produktem po nałożeniu na twarz. Po kilku minutach zaczyna on bąbelkować i pienić się, co skutkuje przezabawnym wyglądem utuczonej świnki. Podzieliłabym się z Wami zdjęciem, jak wyglądałam, jednak obawiam się, że spowodowałabym niekończącą się salwę śmiechu :)


Samo opakowanie wykonane jest z mocnego plastiku i posiada dodatkowe zabezpieczenie, aby nie doprowadzić do aktywowania produktu wewnątrz pojemnika. Jak przystało na maski z zawartością glinki, konsystencja jest dość klejąca i konkretna, przez co do jej nakładania niezbędna okazuje się być szpatułka dołączona do produktu. Mimo starań ekspresowego nałożenia maski, zewnętrzna warstwa w opakowaniu zaczęła już delikatnie się pienić, więc radzę się zbytnio nie ociągać :)


Maskę nakładam na całą całą twarz, pomijając okolice oczu. Już po chwili całość zaczyna puchnąć i w takiej formie trzymam ją jeszcze 4-5 minut. Tak jak zaleca producent, po tym czasie wykonuję masaż twarzy przez około jedną minutę i pozostałość spłukuję letnią wodą. Wiadomo, że glinki należą do tych najuporczywszych w domywaniu, więc pomagam sobie bawełnianym ręczniczkiem namoczonym w letniej wodzie.


Przechodzę już do najważniejszego akapitu, czyli do efektów, jakie przynosi stosowanie maski Elizavecca. To co można odczuć od razu, to komfortowe napięcie skóry bez jej podrażnienia, a wręcz mogę napisać, że wszelkie zaczerwienienia są dostrzegalnie zniwelowane. Pory są oczyszczone, a po kilku zastosowaniach została zmniejszona ich widoczność. Nie mogę wyrazić pełnej opinii na temat wyrównywania kolorytu skóry przez ten produkt, ponieważ użyłam go na razie kilka razy. Jednak podczas stosowania tej maski dwa razy w tygodniu, po niedoskonałościach, które pojawiły się w tym czasie, nie został nawet najmniejszy ślad. Nie jest to zapewne zasługa jedynie tej maski, ale i innych kosmetyków, które stosuje.


Najważniejszym dla mnie pytaniem jest, czy po tym produkcie zauważyłam, by moja skóra produkowała mniej sebum (od odpowiedzi na te pytanie zależy, czy uznam, że ta maska sprawdza się u mnie). Z wielką satysfakcją mogę podsumować, że ten kosmetyk marki Elizavecca głęboko oczyszcza, nie podrażnia i przy regularnym stosowaniu faktycznie zmniejsza produkowanie sebum. Dodatkowo zminimalizował zaskórniki na nosie, które, w moim przypadku, są bardzo trudne do pozbycia. Na tą chwilę używam Carbonated Bubble Clay Mask na zmianę z dziegciową maską Banii Agafii i taki duet sprawdza się u mnie perfekcyjnie. W Polsce maskę w cenie 60 zł możecie kupić na stronie singashop.pl, jednak ja, jak wspominałam, swoją zamówiłam na Jolse za około 35 zł.


Co powiecie na taką nietypową formułę maski? Skusilibyście się? :)









ZAMASKOWANA ŚRODA | GARNIER MOISTURE+ AQUA BOMB SUPER NAWILŻENIE I WYGŁADZENIE

ZAMASKOWANA ŚRODA | GARNIER MOISTURE+ AQUA BOMB SUPER NAWILŻENIE I WYGŁADZENIE

Dzisiaj moja pierwsza styczność z maską w płachcie, która nie jest produktem koreańskim! Mam tutaj na myśli nowość Garniera, czyli Moisture+ Aqua Bomb w wersji z ekstraktem z granatu, kwasem hialuronowym i serum nawilżającym. Kupiłam ją jeszcze, kiedy po raz pierwszy pojawiła się w Niemczech, czyli już jakiś czas temu. Zwlekałam nieco z jej użyciem, bo ciekawsze propozycje miałam w swoich zasobach, a i z kosmetykami Garnier nie zawsze się lubiłam... Przyszedł jednak i jej czas, więc zapraszam do czytania :)




Płachtę nakładamy na twarz białą stroną do wewnątrz, po czym zdejmujemy niebieską warstwę ochronną. Ta, moim zdaniem, ze względu na swoją sztywniejszą strukturę, ułatwia rozłożenie maski bez obaw o jej roztarganie, ale w jej nałożeniu raczej nie jest pomocna... Dla mnie ta dodatkowa warstwa jest całkowicie zbędna - wiadomo przecież, że materiał z jakiego robione są płachty, jest delikatny i należy obchodzić się z nim ostrożnie. Maskę trzymałam na twarzy 20 minut po jej wcześniejszym oczyszczeniu i tonizowaniu - moją rutynę znacie.


Wariant AQUA BOMB Super Nawilżenie i Wygładzenie dla skóry odwodnionej jest jednym z trzech dostępnych (dwa pozostałe to kojąca COMFORT i odświeżająca FRESHNESS). Przyznam się, że dałam się skusić na wypróbowanie przez hasło Hydra Bomb, oczekując przy tym powalającego efektu nawilżenia. Z takim się jednak nie spotkałam, choć zapowiadało się całkiem dobrze. Esencja, którą obficie nasączona jest płachta, jest konsystencji śliskiej i żelowej. Teraz żałuję, że nie włożyłam maski przed użyciem na kilkanaście minut do lodówki (jeśli tego nie próbowaliście, koniecznie spróbujcie!). Żelowy typ esencji po schłodzeniu świetnie odświeża i ożywia skórę.


Przechodząc do efektów - 24 godzinne uczucie nawilżenia, jakie obiecuje producent, na pewno nie będzie miało miejsca w moim przypadku. Mojej skórze bardzo długo zajęło wchłonięcie esencji, mimo, że normalnie nie ma z tym najmniejszego problemu. Dodatkowo maska pozostawiła na niej niekomfortową lepką warstwę, którą czuło się przy każdym ruchu twarzy. Producent mówi o produkcie, że jest ekwiwalentem tygodnia nawilżania w zaledwie 15 minut - moim zdaniem, to bardzo przesadzone stwierdzenie. Pozornie nawilżona skóra, która nieco lepiej prezentuje się wizualnie i jest odrobinę gładsza (ale wciąż lepka...) to wszystko, co zaobserwowałam.



Jej cena regularna to 8.99 zł, a aktualnie na promocji w Rossmannie za 6.99 zł. Za taką sumę mogę mieć porządną azjatycką maskę. Na pewno nie skuszę się na wypróbowanie innych wersji masek marki Garnier. Jeżeli ktoś z Was testował i był zadowolony, jest przekonujący i podaje racjonalne argumenty, zapraszam do dyskusji w komentarzach i ewentualnego przekonania mnie do spróbowania czegoś innego... :)  

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:



ZAMASKOWANA ŚRODA | ETUDE HOUSE 0.2 THERAPY AIR MASK SNAIL EXTRACT

ZAMASKOWANA ŚRODA | ETUDE HOUSE 0.2 THERAPY AIR MASK SNAIL EXTRACT

Maskę Etude House dostałam w gratisie do moich pielęgnacyjnych zakupów na Jolse (w następnym poście pokażę Wam, co takiego zamówiłam). Nie potrafiłam się długo oprzeć przed jej przetestowaniem i jeszcze tego samego dnia, kiedy przyszła paczka, nałożyłam ją na twarz. Jak się u mnie sprawdziła? Zapraszam do dalszej części wpisu.


W maskach z serii 0.2 Therapy Air Mask płachta ma jedynie 0.2 mm grubości, przez co idealnie przylega do twarzy. Jej cienkość i lekkość umożliwia też przedostawanie się powietrza, co pozwala naszej skórze oddychać z komfortem. W stu procentach bawełniana płachta jest hypoalergiczna oraz nie podrażnia wrażliwiej skóry. Faktycznie - mając ją na twarzy niemalże jej nie czułam, więc mogę się zgodzić ze sloganem tej serii, że maska jest light and comfortable like the air


Wersja Snail, która zawiera ekstrakt z śluzu ślimaka, ma zapewnić nam gładką i ujędrnioną skórę. Powinna też chronić ją przed czynnikami zewnętrznymi, wzmacniać jej naturalną barierę, a również działać przeciwzmarszczkowo. Dużo obietnic, jak na maskę za dolara, więc czy choć część z nich ma pokrycie w rzeczywistości?


Po użyciu skóra była gładka, zmiękczona i rozświetlona, co da się zauważyć przy większości masek w płachcie. Chciałam jednak szczególnie zwrócić uwagę na gładkość cery - myślę, że jest to głównie zasługa esencji, która w tej wersji maski występuje w postaci emulsji. Jest ona bardziej treściwa i odżywcza niż esencja na bazie wody. Emulsja ma wręcz mleczną konsystencję, która z dużą łatwością wchłaniana jest przez skórę. 


Jestem ciekawa reszty wersji 0.2 Therapy Air Mask, głównie ze względu na typ płachty. Mam wrażenie, że lepiej przepuszcza ona wszelkie składniki odżywcze w głąb skóry, a także umożliwia jej swobodne przepuszczanie powietrza. Producent zaleca używanie tych masek na zasadzie one mask a day. Myślę, że kiedyś skuszę się na ich zakup (powiedzmy siedmiu) i wtedy mogłabym zrobić coś w rodzaju azjatyckiego tygodnia z maskami w płachcie. Bylibyście zainteresowani?


Maska, jak wspominałam, na koreańskich stronach kosztuje niecałego dolara, więc uważam, że warto ją wypróbować. Przynajmniej aby samemu przekonać się, jak przyjemna i delikatna jest struktura płachty oraz dla wyraźnego efektu wygładzonej cery. Na polskich stronach widziałam ją w Azjatyckim Zakątku za 8 zł. 


ZAMASKOWANA ŚRODA | MIZON ENJOY VITAL-UP WATERY MOISTURE MASK

ZAMASKOWANA ŚRODA | MIZON ENJOY VITAL-UP WATERY MOISTURE MASK


Maska Mizon Enjoy Vital-Up Time Watery Moisture Mask ma być tą idealną dla skóry suchej i odwodnionej. Mimo, że moja cera jest mieszana w kierunku do normalnej, z pewnością nie zaszkodzi jej dawka głębokiego nawilżenia. Płachtę, po umyciu twarzy żelem Avène Cleanance i przetarciu jej wacikiem nasączonym wodą z kewry, nałożyłam na skórę na 20 minut. Resztę esencji, która w przypadku tego produktu jest bardziej gęsta i żelowa, zużyłam na szyję i dekolt. Nie trudno nie wspomnieć o zapachu, który jest przepiękny - na myśl przywodzi mi słodkie mango :) Dla niektórych może być jednak zbyt intensywny, gdyż wyczuwalny jest przez cały czas, kiedy płachta znajduje się na twarzy.

Kolejny raz mam do czynienia z maską nawilżająca, która ma w swoim składzie ekstrakt z zielonej herbaty. W propozycji Mizon nie jest to jednak jedyny składnik, który ma być odpowiedzialny za maksymalne nawilżenie twarzy. Produkt zawiera dodatkowo kwas hialuronowy (super!), alantoinę, beta-glukan oraz trehalozę, czyli hydro-aktywny disacharyd z alg morskich. Na długo utrzymuje on rezerwy wodne w skórze, dzięki czemu efekt po zastosowaniu maski nie jest chwilowy. Jak możecie zauważyć, ta niepozorna saszetka skrywa w sobie same dobra :) Co mogłam zauważyć od razu po użyciu maski? Moja skóra była bardziej pulchna (w dobrym tego słowa znaczeniu, wiecie o co mi chodzi!) i dogłębnie nawilżona. Liczyłam trochę bardziej na ukojenie moich zaczerwienionych miejsc na twarzy ze względu na obecność alantoiny i beta-glukanu, ale różnica w tym aspekcie była ledwie zauważalna. Cera była jednak rozpromieniona i z pewnością sprawiała wrażenie zdrowszej oraz świeższej. Jednym słowem, piękniejszej :) Produkt sprawdzi się jako maseczka bankietowa, więc na pewno będę do niego wracać przed większymi wyjściami lub kiedy zauważę, że mojej skórze twarzy przyda się duża doza nawilżenia.


Maskę możecie zakupić na stronie mizon-polska.pl oraz w większości drogerii internetowych (Minti Shop czy eKobieca). Cena 7,99 zł to bardzo uczciwa propozycja w zamian za jakość składników zawartych w esencji, której, swoją drogą, jest naprawdę sporo. Nigdy jej nie marnujcie i wklepcie w miejsca na Waszym ciele, które wymagają nawilżenia (łokcie, kolana również - mówię poważnie!). Ja na pewno zdecyduję się na wypróbowanie innych maseczek Mizon z serii Enjoy Vital-Up Time. Chcielibyście zobaczyć je w kolejnych Zamaskowanych Środach?

TO MOŻE CIĘ ZAINTERESOWAĆ:

ZAMASKOWANA ŚRODA | MISSHA PURE SOURCE LEMON SHEET MASK

ZAMASKOWANA ŚRODA | MISSHA PURE SOURCE LEMON SHEET MASK

Poprzedni, debiutancki post Zamaskowanej Środy (klik!) spotkał się z bardzo dobrym odbiorem, co niesamowicie mnie ucieszyło! :) Motywuje mnie to, żeby systematycznie, co tydzień prezentować swojej skórze twarzy dawkę składników odżywczych, a później dzielić się z Wami opinią o użytym produkcie. Dzisiaj maska, która jak poprzedniczka, również pojawiła się w ulubieńcach pielęgnacyjnych roku. Zapraszam na mini-recenzję Missha Source Sheet Mask Lemon :)


ZAMASKOWANA ŚRODA |  MISSHA PURE SOURCE TEA TREE SHEET MASK

ZAMASKOWANA ŚRODA | MISSHA PURE SOURCE TEA TREE SHEET MASK

Od tej pory, środy na blogu mianuję "Zamaskowanymi środami"! :) Co tydzień, będę dzieliła się z Wami kolejnym, nowym produktem, który zagościł w tym czasie na mojej twarzy. Myślę, że jeśli czytaliście "Sekrety urody Koreanek" to z chęcią będziecie chłonąć krótki, cotygodniowy wpis o jednym z kluczowych elementów pielęgnacji ich skóry, jakim jest maska w płachcie. Rodzajów jest mnóstwo, a ja z chęcią i zaciekawieniem przetestuję jak największą ich ilość :) W tym miesiącu zobaczycie maski, o których pisałam w ulubieńcach pielęgnacyjnych roku, a następnie te z serii "I Am Real" od Tony Moly. Mam nadzieję, że taka mini-seria przypadnie Wam do gustu.


ULUBIEŃCY ROKU 2016 | PIELĘGNACJA

ULUBIEŃCY ROKU 2016 | PIELĘGNACJA

Po ulubieńcach roku 2016 w kategorii makijaż (poprzedni post tutaj) przyszła pora na pielęgnację. Od razu zaznaczam, że z żadnym kosmetykiem z tej listy nie mam zamiaru rozstawać się w 2017 roku - mimo, że mojej cerze wciąż daleko jest do ideału, wiem, że pomogły mi one utrzymać ją w dobrym stanie. Co ważne, większość tych kosmetyków kosztuje naprawdę niewiele, więc tym bardziej liczę na to, że jakieś wypróbujecie :) A może już znacie i używacie czegoś z moich pielęgnacyjnych perełek 2016 roku? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!



Copyright © 2014 LAOLAMIKU , Blogger