Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska w płachcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maska w płachcie. Pokaż wszystkie posty
ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK POMEGRANATE


Dzisiejszym postem zamykam serię recenzji masek It's Real Squeeze Mask. Głęboko wierzę, że moja opinia pomogła komuś w doborze odpowiedniej dla siebie maski Innisfree :) Ich wybór jest znacznie szerszy niż to, co pokazałam na blogu, więc na pewno jest w czym wybierać. Może zdążyliście już jakąś przetestować na własnej skórze? Jeśli tak, koniecznie dajcie mi znać w komentarzach jak się sprawdziła!


Wersja z granatem ma w swoim głównym założeniu sprawiać, aby skóra była jędrna i promienna, a przy czym jednocześnie redukować zmarszczki. Od razu zaznaczę, że po jednorazowym użyciu tej maski nie jestem w stanie zauważyć czy ta faktycznie je spłyca. Tym bardziej, że zmarszczek nie mam jeszcze za wiele - ot, może drobne zaczątki mimicznych pod oczami :) Powszechnie wiadomo jednak, że sok z granatu stymuluje komórki produkujące kolagen (dla dociekliwszych - są to fibroblasty) pomagając zminimalizować problemy z starzejącą się skórą. Granat sam w sobie jest również bombą przeciwutleniaczy (kwas elagowy!), skarbnicą witaminy C i K, miedzi i cynku. Polecam Wam nie tylko szukać tego owocu w kosmetykach, ale też dziennie pić z niego sok! Teraz nie będę się na ten temat rozpisywać, ale bez problemu znajdziecie mnóstwo informacji na temat korzyści, jakie dosłownie płyną z granatu :)



Jak zwykle przed nałożeniem maski w płachcie dokładnie oczyszczam twarz wykonując peeling - tym razem był to ziołowy peeling enzymatyczny z Organique. Płachtę trzymałam o 10 minut dłużej niż zaleca producent, ze względu na to, że w lato moja skóra z normalnej staje się skórą skłonną do przesuszeń i chciałam, aby wchłonęła w siebie tyle, ile to możliwe :) Spodziewałam się soczystego zapachu granatu, jednak niestety na tym polu się przeliczyłam. Maska ma słodką, łagodną woń - ładną, nienachalną, ale niezbyt naturalną. 


Esencja, którą nasączona jest maska, jest esencją wodną. Dla mnie jest to duży plus, gdyż właśnie ten typ preferuje - łatwo, szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiego filmu na skórze. Wychodzi na to, że z masek Innisfree, które zreceznowałam, jedynie wersja z kiwi posiadała esencję o mleczej konsystencji. Płachta jak zwykle bez zastrzeżeń - trójwarstwowa, wykonana z syntetycznego jedwabiu, nie drze się, ładnie przylega i dobrze trzyma w sobie lejącą się esencję. 


Przechodząc już do efektów, które wszystkich interesują zapewne najbardziej - zobaczymy, czy na sam koniec testów Innisfree nie zawiodło :) Przypominam, że według obietnic producenta, skóra miała być ujędrniona i rozpromieniona. Od razu po ściągnięciu płachty zauważalne było jej spulchnienie, dobre nawilżenie i wygładzenie. Po chwili dostrzegłam też zmniejszenie się podrażnień spowodowanych promieniami słonecznymi i ogólne rozpromienienie cery, co wpłynęło na jej zdrowy i wypoczęty wygląd. W ciągu nocy skóra widocznie się zregenerowała utrzymując dobry poziom nawilżenia, promienność i pulchność, czyli trzy widoczne efekty długotrwałe, za które najbardziej cenię tą maskę :) Naprawdę dobry wynik!


Podsumowując, bardzo liczyłam na tę wersje It's Real Squeeze właśnie ze względu na to, że wiem jakie cuda potrafi zdziałać sok z granatu. Tutaj mamy go na siódmym miejscu w składzie, pośród wielu naturalnych ekstraktów, czyli siłą rzeczy - ta maska musiała przynieść zadowalające efekty :) Rozpromienie, ujędrnienie i zregenerowanie. Polecam wypróbować ten produkt każdemu zmagającemu się z starzejącą skórą lub matową czy poszarzałą, Jestem bardzo szczęśliwa, że dzięki Singashop miałam okazję trafić na markę Innisfree, bo ma niemalże idealne składy, co później widoczne jest na cerze - oczywiście pozytywnie! To z pewnością nie będzie nasze ostatnie spotkanie :)

Znalezione obrazy dla zapytania singashop
ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK CUCUMBER

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK CUCUMBER

O tak. Zdaję sobie sprawę z tego, jak długi czas mnie z Wami nie było. Spędziłam kilkanaście relaksujących, otoczonych śródziemnomorską, grecką aurą dni... bez połączenia z Internetem. Niestety, nie byłam w stanie opublikować postów, które przygotowałam dla Was wcześniej. Jestem jednak naładowana słoneczną energią do pełna, więc obiecuję, że bardzo szybko nadrobię wszelkie zaległości. Swoją drogą! Może bylibyście chętni na posta o mojej podróży do Grecji? Przy okazji zahaczyłam o kilka innych ciekawych miejsc, którymi mogłabym się z Wami podzielić... Piszcie koniecznie w komentarzach!


Porzucając wakacyjną aurę i przechodząc już do bohaterki dzisiejszej Zamaskowanej Środy - maski Innisfree It's Real Squeeze Mask w wersji z ogórkiem - to na nią z całej piątki, którą otrzymałam do testów, liczyłam najbardziej. W sklepie internetowym Innisfree, akurat ta jest bestsellerem i zbiera niemalże same pochwały. Sam ogórek składa się przecież aż z 96% z wody - z tej maski słowo "nawilżenie", krzyczało niemalże samo. Rozczarowałam się czy zakochałam? Czytajcie dalej :)


Słońce zaczęło dawać się we znaki i delikatnie przesuszyło moją skórę twarzy. W takich przypadkach zawsze funduję jej porządną, nawilżającą maskę i staram się nie zapominać o wodzie termalnej - aktualnie używam tej marki Avene (spisuje się doskonale!).  Producent o masce Innisfree cucumber mówi, że obficie nawilża suchą skórę i zapobiega jej odwodnieniu. Brzmiało idealnie w porównaniu z moimi aktualnymi potrzebami - wykonałam delikatny peeling enzymatyczny z ziołami marki Organique, spryskałam twarz wodą termalną i nałożyłam maskę. Zapach po raz kolejny cudowny - jak klasyczna, każdemu znana lemoniada z ogórkiem! Po 30 minutach relaksu wyciągnęłam resztki esencji z opakowania i wklepałam w skórę twarzy i miejsca, które mogłam lepiej ukryć przed słońcem... :)


Esencja, jak spodziewałam się w przypadku ogórkowej wersji, jest esencją wodną. Taki typ bardzo dobrze się wchłania i ma swoją dodatkową zaletę, jaką jest przyjemne uczucie schłodzenia i ulgi po nadmiernym kontakcie skóry z promieniowaniem słonecznym. Trzywarstwowa płachta z syntetycznego jedwabiu nieco gorzej przylegała do twarzy, jednak nie ze względu na jej złe dopasowanie, a nierównomierne namoczenie płachty w esencji. Przez to w niektórych miejscach po kilku minutach tkanina się bąblowała. Wydaje mi się być to przypadkiem rzadkim, bo w poprzednich maskach Innisfree, które testowałam nie miało to miejsca :)


Jak zwykle, przyjrzyjmy się temu, co skrywa maska i składnikowi przewodniemu, czyli esktraktowi z ogórka. Znajdziemy go na siódmym miejscu w składzie, w ilości 200mg. Ekstrakt z ogórka ma dokładnie takie działanie, jakie samo się nasuwa - odświeżające, kojące i chłodzące. Każdy z nas przynajmniej raz wypróbował plastry ogórka położone na powieki. Czy właśnie nie tak zadziałały? Jeśli ekstrakt z ogórka stosowany jest systematycznie również rewitalizuje i wygładza zmarszczki, przez co chętnie wykorzystywany jest np. w kremach pod oczy. Skład pełen jest innych wartościowych ekstraktów. Między innymi z zielonej herbaty, kamelii, opuncji czy mandarynki. Innisfree nazywa je Jeju green complex, jednak o tym szerzej wypowiadałam się w poprzednich recenzjach, więc zachęcam do ich odświeżenia :) Dalej w składzie mamy typowe dla masek w płachcie substancje nawilżające. Betaina, sól potasowa kwasu hialuronowego, woda i gliceryna pojawiają się w każdej It's Real Squeeze. 


Maska przyniosła mojej skórze dużą ulgę po dniu spędzonym na słońcu. Odświeżyła ją i przyjemnie schłodziła. Poziom nawilżenia był przyzwoity, jednak dla posiadaczek cer bardzo suchych mógłby on okazać się niewystarczający. Na pewno nie użyłabym tej wersji It's Real Squeeze, jako maski bankietowej ze względu na to, że nie przyniosła nadzwyczajnych efektów długotrwałych. Z chęcią będę po nią sięgać raczej w takie dni, gdzie potrzebuję lekkiej, nieobciążającej konsystencji, która spełni swoje podstawowe założenia i będzie dawała natychmiastowy, odświeżający efekt. Następnym razem przed użyciem schłodzę ją w lodówce, aby jeszcze bardziej podkręcić jej chłodzące działanie. Wspomniałam na początku, że wsmarowałam resztki esencji w miejsca, które były delikatnie podrażnione od promieni słonecznych. Efekt był bardzo pozytywny, uczucie ciepła i nieznaczne zaczerwienienie zniknęło.


Podsumowując, rezerwuję ogórkową wersję It's Real Squeeze na odpreżające wieczory po letnich, upalnych dniach, kiedy skóra aż woła o ukojenie. Jak dla mnie, doskonale sprawdza się w tej roli i to czyni ją bardzo przyjemną, lekką maską do codziennego użytku. Jej największy plus to działanie odświeżające i chłodzące, dlatego żałuję, że nie włożyłam jej wcześniej do lodówki. Już jednak zapowiedziałam, że następnym razem włączę ten krok do całej ceremonii, a wtedy wtrącę w tego posta jakiś krótki edit. Produkt zakupicie w sklepie internetowym Singashop.pl w cenie 12 zł.

Znalezione obrazy dla zapytania singashop

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK ROSE

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK ROSE


Mam przyjemność pisać tego posta spoglądając na przepiękny bieszczadzki krajobraz. Jestem absolutnie zauroczona i natchniona tym niesamowitym widokiem. Jeśli zastanawiacie się nad miejscem w Polsce, gdzie warto spędzić kilka dni, serdecznie polecam Wam właśnie Bieszczady, a konkretniej - Jezioro Solińskie. Jedno z piękniejszych miejsc, które do tej pory udało mi się zobaczyć. Podczas tego wyjazdu naskrobałam dla Was kilka nowych wpisów, ale dziś zapraszam na recenzję Innisfree It's Real Squeeze Mask Rose.


Klimatyzacja w samochodzie i lekkie przeziębienie widocznie odbiły się na stanie mojej skóry. Była przesuszona oraz nabrała ziemistego i matowego wyglądu - zdecydowanie błagała mnie, bym sprawiła jej coś ekstra. Po podróży nic nie działa na mnie lepiej jak maska w płachcie, więc na wyjazd zabrałam kilka tych marki Innisfree. Wybór szybko padł na wersję Rose, która ma regenerować, zapewnić rozświetlenie i wygładzenie cery, czyli to, czego akurat bardzo potrzebowałam. Jeśli czytaliście poprzednie posty Zamaskowanej Środy, to doskonale wiecie, że opakowania masek Innisfree zdecydowanie należą do moich ulubionych. Czytając Wasze komentarze wnioskuję, że nie tylko mnie uracza ten delikatny, harmonijny, bliski naturze design :) 


Wiedząc, jak dobre działanie na moją skórę ma róża - czy to stulistna, czy demesceńska - postanowiłam wykonać mini-rytuał z nią w roli głównej. Oczyściłam twarz płynem micelarnym z różanej serii Bielendy, spryskałam ją wodą różaną i wmasowałam odrobinę olejku różanego - również z Bielendy. Na tak przygotowaną skórę nałożyłam maskę i przez 30 minut myślami przeniosłam się do pięknego i mistycznego rosarium. Zapach maski jest bardzo delikatny, naturalny, świeży i odprężający. Czułam się wyjątkowo zrelaksowana, za co po kilku godzinnej podróży byłam wyjątkowo wdzięczna.


Esencja jest rzadka i lejąca, co starałam się uchwycić na zdjęciu powyżej. Wodne esencje, które spośród trzech typów są tymi najlżejszymi, bardzo szybko się wchłaniają i nie zostawiają na skórze lepiącego filmu. Płachta składa się z trzech warstw wykonanych z syntetycznego jedwabiu, co nadaje jej wytrzymałość, ale i odpowiednią elastyczność. 


Składnikiem gwiazdą tej maski jest olej z róży stulistnej, który plasuje się na siódmym miejscu w składzie. Sam w sobie przyzwoicie nawilża, rozświetla, a oprócz tego jest również bardzo dobrym antyoksydantem. Buszując nieco dalej w składzie doszukamy się rownież wielu roślinnych ekstraktów, które pojawiają się w każdej masce z serii It's Real Squeeze. Marka Innisfree stawia przede wszystkim na wykorzystanie dóbr roślinności z wyspy Jeju (Korea Południowa), co w swoich kosmetykach zawierają pod nazwą Jeju complex. Jest to koktajl ekstraktów z zielonej herbaty, mandarynki, kaktusa, kamelii japońskiej i orichidei. Mikstura ma działanie oczyszczające, przeciwzapalne i antyoksydacyjne. Oprócz tego, co wymieniłam kilka linijek wyżej, maska posiada typowe składniki takie jak woda, gliceryna, betaina czy sól potasowa kwasu hialuronowego, czyli podstawowa mieszanka nawilżająca, którą możemy znaleźć w większości masek w płachcie.


Przechodząc stricte do jej działania - maska przywróciła moją cerę do życia. Odzyskała promienność, dobry poziom nawilżenia, w dotyka była miękka i gładka. Mimo, że trzymałam maskę dłużej niż zalecał producent, nie spowodowała podrażnień. Esencja została wchłonięta całkowicie i nie pozostawiła lepkiej warstwy na skórze, co czyni tą maskę idealną do użycia rano czy przed większym wyjściem. Moja skóra wypoczęła i nabrała zdrowego, rozświetlonego wyglądu. 


Mogę śmiało również wyróżnić wersję różaną pod względem działania rozswietlającego, na tle reszty przetestowanych przeze mnie masek Innisfree. W tej, efekt promiennej skóry był najlepiej zauważalny. Przede mną jeszcze dwie maski z tej serii: ogórek i granat, ale już mogę powiedzieć, że do Rose na pewno będę wracać. Jak pisałam, będzie świetna jako maska bankietowa, ponieważ ekspresowo potrafi poprawić wizualny wygląd naszej skóry, a przy tym dobrze ją nawilżyć i zregenerować. Maska kosztuje 12 zł i możecie dostać ją w sklepie internetowym SingaShop.

Znalezione obrazy dla zapytania singashop

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK MANUKA HONEY

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK MANUKA HONEY


Przed nami kolejny (tutaj macie poprzedni <klik>) wpis Zamaskowanej Środy we współpracy z Singashop, który, jak udało mi się zasłyszeć, poszerza swój asortyment aż czterokrotnie! Na myśl o tym sama przebieram nożkami, ale dziś zapraszam Was na recenzję maski Innisfree It's Real Squeeze Mask Manuka Honey, która jest dostępna w sklepie internetowym już teraz :) 


Jeśli czytaliście wpis o masce w wersji kiwi, to już doskonale wiecie, jak zauroczyły mnie opakowania całej serii It's Real Squeeze Mask. Nie będę się więc nad tym zbytnio rozwodzić - po prostu spójrzcie, jak realnie, a przez to smakowicie, wygląda ten złocisty plaster miodu... :) Dzięki temu, już na samym wstępie czuję się bardziej przekonana, że produkt wykorzystuje to, co dobrego daje nam natura.


Oczyściłam twarz kojącym płynem micelarnym Bielenda i spryskałam twarz wodą różaną. Na tak przygotowaną skórę nałożyłam płachtę, po około 10 minutach odwróciłam ją na drugą stronę (to podchwycony trik, aby wyciągnąć z maski jak najwięcej, o ile druga strona nie zdążyła podeschnąć) i odczekalam jeszcze 5 minut. Do płachty nie mam zastrzeżeń - wykonana z syntetycznego jedwabiu, dobrze się trzyma, nie zsuwa, jest odpowiednio elastyczna. Zapach z początku był dla mnie dość drażniący (przykry skutek alkoholu w składzie), jednak mając już później produkt na twarzy, można było wyczuć jedynie delikatną słodką woń.


W masce Innisfree Manuka Honey mamy do czynienia z esencją wodną, która w swojej konsystencji jest lżejsza od emulsji - przez co łatwiej i szybciej wchłaniana jest przez skórę. Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, ten typ esencji jest bardzo rzadki i lejący, przez co możemy spodziewać się jej nadmiaru na dnie opakowania. Wiecie jednak, że takich resztek się nie marnuje - wklepałam esencję w szyję i dekolt.


Jak mówi opis z tyłu opakowania, maska zawiera bogaty w składniki odżywcze miód manuka (w praktyce jest to ekstrakt, siódme miejsce w składzie), który nawilża suchą skórę nadając jej zdrowego wyglądu. Singashop w polskim tłumaczeniu dodaje, że produkt dodatkowo intensywnie regeneruje, odżywia, łagodzi podrażnienia (co zawdzięczamy soku z aloesu) i hamuje procesy starzenia. Analizując skład, zwróciłam uwagę na tzw. Jeju green complex. Pod tym skrótem kryje się aż pięć ekstraktów, które zawiera każda maska z serii It's Real Squeeze Mask: ekstrakt z zielonej herbaty, mandarynki, kaktusa, kamelii japońskiej i orichidei. Ten kompleks jest na pewno czymś wyróżniającym te maski, bo wcześniej nie miałam o nim pojęcia; ma on zapewniać zdrowy wygląd naszej skórze. Mamy również kilka typowych substancji, takie jak sól potasowa kwasu hialuronowego, betaina czy gliceryna, które odpowiadają za działanie głęboko nawilżające. Innisfree w swoich kosmetykach nie stosuje składników zwierzęcych - miód manuka powstaje z nektaru krzewów manuka rosnących w Nowej Zelandii i jest nieziemsko drogi.


Przechodząc do rezultatów, czyli tego, co zapewne najbardziej Was interesuje :) Wersja miód manuka z nawilżaniem skóry poradziła sobie bardzo dobrze, czyli jej główne przeznaczenie zdało egzamin na piątkę. Cera wyglądała na zdrowszą, widocznie odżywioną, zyskała też, ostatnio bardzo pożądane określenie, delikatny dewy look.  Ze względu na obecność soku z aloesu w składzie, bardzo liczyłam na załagodzenie podrażnień i faktycznie zaczerwienienia stały się mniej widoczne. 


Maski Innisfree pomału robią sobie u mnie bardzo dobrą opinię; spełniają swoje główne założenia, składy mają niemalże bez zastrzeżeń i, co dla mnie bardzo istotne, nie podrażniają mojej skóry, a wręcz ją uspokajają. Dodatkowy plus za kompleks Jeju green - liczę, że ekstrakty w nim zawarte przy systematycznym stosowaniu masek z serii It's Real Squeeze Mask pomogą zachować zdrowy wygląd mojej cery. Możecie je dostać w sklepie internetowym Singashop w cenie 12 zł lub w pakiecie pięciu sztuk za 50 zł. Jako ekonomistka - sugerowałabym opcję numer dwa :)

Znalezione obrazy dla zapytania singashop


ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK KIWI

ZAMASKOWANA ŚRODA Z SINGASHOP.PL | INNISFREE IT'S REAL SQUEEZE MASK KIWI



Dzięki uprzejmości singashop.pl, który jest sklepem internetowym z azjatyckimi kosmetykami, mam okazję testować dla Was maski w płachcie Innisfree It's Real Squeeze Mask. Słyszałam o tej marce dużo, jednakże w gruncie rzeczy była to moja pierwsza styczność z ich produktami. Na pierwszy ogień poszła maska w wersji kiwi, która ma działanie głównie wygładzające i oczyszczające. W kolejnych Zamaskowanych Środach przedstawię Wam It's Real Squeeze Mask w wariantach rose (róża), pomegranate (granat), manuka honey (miód manuka) i cucumber (ogórek). Możecie dać mi znać w komentarzach, której z nich jesteście najbardziej ciekawi, i która ma pojawić się najszybciej :)


Zacznę od szaty graficznej maski, mimo, że zazwyczaj nie poświęcam temu aspektowi większej uwagi w swoich recenzjach. W końcu to działanie kosmetyku jest najważniejsze, a nie to jak wygląda :) Muszę jednak przyznać, że to, jak pięknie prezentują się maski Innisfree, skłoniłoby mnie do ich zakupu w ciemno. Realne zdjęcie świeżego pokrojonego kiwi i tego samego owocu rozgniecionego na drewnianej łyżce zaraz nasuwa myśl, że będzie to produkt wykorzystujący dobra natury.


Po wyjęciu maski w opakowaniu pozostało niewiele emulsji (pojemność standardowa, czyli 20ml), co osobiście uważam za plus, bo oznacza to, że płachta jest dobrej jakości i doskonale trzyma w sobie esencję. W przypadku serii masek Innisfree mamy do czynienia z 3-warstwową płachtą z syntetycznego jedwabiu. Po przygotowaniu skóry, czyli uprzednim jej oczyszczeniu i wklepaniu wody z kewry, nałożyłam maskę na 20 minut. Przez chwilę towarzyszył mi bardzo przyjemny, świeży i słodki zapach kiwi (szczerze, nie spodziewałam się, że będę mogła go tak wyraźnie poczuć!). 


Jak możecie zobaczyć na zdjęciu, sama esencja w tej masce występuje w postaci emulsji. Ten rodzaj esencji jest bardziej treściwy i odżywczy, ma również wręcz mleczną konsystencję, która łatwo wchłaniana jest przez skórę. 


Mam skórę skłonną do podrażnień, często reaguje zaczerwienieniem nawet po delikatnym jej oczyszczeniu. Po zdjęciu maski zauważyłam, że cera była ukojona, jak również miejsca wokół pojedynczych niedoskonałości. Producent wspomina, że zawarte w masce ekstrakty z grejpfruta (szóste miejsce w składzie, nieźle!), skórki mandarynki i najprawdziwszy sok z kiwi (siódme miejsce, 200mg) głeboko oczyszczają i rozjaśniają przebarwienia. Rozjaśnienie zauważyłam, rzecz jasna, na całej skórze twarzy, cera promieniała i wyglądała na zdrową i wypoczętą. Co do głebokiego oczyszczenia - niedoskonałości zmniejszyły się w ciągu nocy, ale prawdopodobnie nastąpiłoby to i bez pomocy maski; pory natomiast były nieco zwężone.


Efekty długotrwałe to wyraźne wygładzenie i zmiękczenie skóry, co wydaje mi się być w głównej mierze zasługą polidimetylosiloksanu (suchy emolient, który nie powoduje powstawania zaskórników, więc mimo, że to silikon, nie należy się go obawiać). Ciekawym składnikiem w zawartości jest jeszcze sól sodowa kwasu hialuronowego, która ma właściwości wiążace wodę, dzięki czemu odpowiednie nawilżenie odczuwalne jest przez dłuższy czas. Jestem mile zaskoczona, że znalazłam wiele składników aprobowanych do stosowania w kosmetykach naturalnych. Ponadto maska ma oznaczenie 5-free system, czyli jest wolna od barwników, olejów mineralnych, składników zwierzęcych, sztucznych substancji zapachowych i imidazolidynylomocznika (konserwant mogący uwalniać szkodliwy formaldehyd).


Podsumowując - to był bardzo dobry początek testów masek Innisfree It's Real Squeeze Mask. Mam nadzieję, że pozostała czwórka wypadnie tak samo dobrze albo i lepiej :) Tylu ekstraktów nie doszukałam się jeszcze w żadnej innej masce (poza wspomnianymi wcześniej, mamy jeszcze ekstrakt z liści kamelii, orchidei, kaktusa, zielonej herbaty...). Oprócz tego - dobre nawilżenie, gładkość i elastyczność mojej skóry utrzymywała się jeszcze długo na satysfakcjonującym mnie poziomie. Maskę możecie dostać w sklepie internetowym SingaShop w cenie 12 zł.






Znalezione obrazy dla zapytania singashop





ZAMASKOWANA ŚRODA | CONNY WĘGIEL DRZEWNY MASKA OCZYSZCZAJĄCA

ZAMASKOWANA ŚRODA | CONNY WĘGIEL DRZEWNY MASKA OCZYSZCZAJĄCA

Marka Conny jest dla mnie absolutną nowością i pewnie, gdyby nie kwietniowe pudełeczko CuteBox, wciąż nie miałabym z nią żadnej styczności. Maskę Węgiel drzewny pokazywałam Wam już w openbox wspomnianego pudełeczka i zyskała duże zainteresowanie w komentarzach. Nie mogło więc zabraknąć jej recenzji w Zamaskowanej Środzie, na którą dziś serdecznie zapraszam :)


Wersja maski Węgiel drzewny ma działanie oczyszczające i wygładzające. Dodatkowo, jeśli wierzyć słowom producenta, reguluje ona wydzielanie sebum, pomaga utrzymać tłustą cerę w czystośći i chroni ją przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Ze względu na przeznaczenie maski, użyłam jej w czasie, kiedy na mojej twarzy wyskoczyło kilka niedoskonałości, a skóra nadmiernie się przetłuszczała. 


Już po chwili od nałożenia maski poczułam, że jest mi... bardzo ciepło! Mówię tu o obszarze twarzy, skóra nie piekła ani nie szczypała, tylko ewidentnie bardzo szybko podniosła swoją temperaturę. Takie zjawisko w przypadku masek w płachcie jest normalne (ale czemu w przypadku tej było to aż tak odczuwalne?), skóra pod bawełnianą płachtą przez 15-20 minut może podwyższyć swoją temperaturę nawet o kilka stopni. Sprzyja to chociażby rozwojowi bakterii, dlatego warto pamiętać, że nie wszystkim posiadaczom mieszanej, tłustej cery służą azjatyckie maski w płachcie. Zastanawialiście się kiedyś nad tym? :)


W przypadku tego produktu ciepło, które się pojawiło, stało się jednak bardzo szybko zbyt uciążliwe. Mam kilka teorii, czym takie zjawisko może być spowodowane: zbyt gruba, mało przewiewna płachta lub taka nie wykonana w 100% z bawełny, formuła pozbawiona składników dających przyjemny cooling effect lub nadmiar tych wpływających na podwyższenie temperatury skóry. Najbardziej prawdopodobnym problemem w tej masce wydaje mi się być sama płachta. W końcu żadnego pieczenia czy szczypania nie odczułam. Po zdjęciu maski (dałam jej jednak nie więcej niż 10 minut) moje policzki były zarumienione w takim sam sposób, jak po gorącej kąpieli czy saunie. Pory były lekko rozszerzone, jednak prędko wróciły do stanu pierwotnego. Jedyne pozytywy, jakie mogłam dostrzec od razu, to wygładzenie i całkiem przywoite nawilżenie cery. 


Jeśli chodzi o kwestię, czy maska reguluje wydzielanie sebum, to jest mi ciężko się do tego obiektywnie odnieść po jednym zastosowaniu. Faktycznie, makijaż następnego dnia nie wymagał kolejnego przypudrowania, co normalnie robię po 5-6 godzinach. Czy to jednak zasługa tej maski? Szczerze powiedziawszy, po doświadczeniu z mini-sauną ufundowanej mojej twarzy przez tą maskę, nie mam większej ochoty decydować się na jej zakup po raz kolejny. Zapobieganie przetłuszczaniu się mojej cery zostawię świnkowej masce Elizavecca.



Jak wypadło pierwsze spotkanie z produktami Conny? Z tego co mogliście dziś przeczytać - nie za ciekawie. Wykluczając jakość płachty, uznałabym tą maskę za tą z półki o dość przeciętnym działaniu, żadna rewolucja. Węgiel drzewny, jak i pozostałe rodzaje są dostępne w drogeriach Natura w cenie 7.99 zł. Spróbować można, ale za tą cenę można znaleźć lepsze i co bardzo istotne, komfortowe w używaniu maski :)

Używaliście masek Conny? Mieliście podobnie? Możliwe, że inne wersje nie mają takiego problemu. Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :)


OPENBOX | CUTEBOX "SIMPLE"  KWIECIEŃ 2017

OPENBOX | CUTEBOX "SIMPLE" KWIECIEŃ 2017


Kwietniowej edycji pudełka CuteBox przewodzi hasło "Simple", co można interpretować w rozumieniu estetycznym (czarno-biała stylistyka, proste szaty graficzne), jak i w odniesieniu do składów zawartych produktów. Dwie z trzech kosmetycznych propozycji posiadają ponad 90% składników naturalnych, a przekąska jest aż w 100% naturalna! Taki temat pudełka bardzo do mnie przemawia, nie potrafiłam doczekać się dnia wysyłki. Dzisiaj przedstawię Wam jego zawartość - jestem ciekawa Waszych opinii, więc zachęcam do komentowania!


Kilka kluczowych informacji dla tych, którzy o pudełku CuteBox słyszą po raz pierwszy. Omiń, jeśli już czytałeś moje poprzednie posty i jesteś zorientowany w temacie. Nowa edycja CuteBox pojawia się co miesiąc i kosztuje 49 zł plus koszt wysyłki. W pudełku znajdziemy od pięciu do siedmiu różnych produktów, w tym oczywiście kosmetyki, książkę do wyboru z trzech kategorii (kryminał, fantastyka, literatura kobieca), coś słodkiego oraz czasem jakiś gadżet. Zdarzają się również dodatkowe próbki i rabaty do sklepów internetowych. Dla tych, którzy zamiast niespodzianki wolą wiedzieć czego należy się spodziewać w pudełku, CuteBox udostępnia podpowiedzi na swoim facebook'owym profilu. To, jak wyglądała poprzednia, marcowa edycja możecie zobaczyć w moim wcześniejszym poście <tutaj>



1. BE ORGANIC - MLECZKO DO DEMAKIJAŻU JAGODY GOJI & ACAI 200ML
O tym, że produkt znajdzie się w pudełku, wiedziałam z podpowiedzi publikowanych na Facebook'u CuteBox. Ucieszył mnie fakt, że pojawi się kosmetyk naturalny, a tym bardziej marki Be Organic, której nie miałam okazji jeszcze bliżej poznać. Mleczko do demakijażu nie jest czymś, co dodałabym do koszyka podczas swoich zakupów. Jednak jeśli się sprawdzi, może będzie to impulsem do większego zamówienia na Be Organic (na co liczę!).
Cena do: 42 zł (tak jest napisane na karteczce dołączonej do pudełka, jednak na stronie producenta widnieje cena 47 zł za dwupak tego mleczka...)


2. YOPE - MYDŁO W PŁYNIE FIGA REFILL PACK 500ML
Jestem bardzo zadowolona, że CuteBox umieścił aż dwa produkty kosmetyczne, które mają w składzie ponad 90% składników naturalnych. Mydło Yope przychodzi do nas w postaci refill pack - producent zaleca jego przelanie do oryginalnego pojemnika z pompką. Decydując na zakup uzupełnień odciążamy nieco nasze środowisko z plastikowych odpadków. Mnie trafiła się wersja figowa o nieziemskim owocowym zapachu, z którego bije prawdziwy, śródziemnomorski klimat!
Cena do: 15 zł



3. KSIĄŻKA "OSKARŻONY" L. BALLANTYNE
To będzie mocny thriller psychologiczny! Może z powodu coraz ładniejszej pogody powinnam wybierać lżejsze lektury, jednak opis tej książki wgniótł mnie w fotel! Jedno ze zdań mówi, że jest to powieść o ciemnej stronie każdego z nas... Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to trudno będzie mu się oderwać od lektury.
Cena do: 39,90 zł




4. CONNY - MASKA W PŁACHCIE WĘGIEL DRZEWNY

Ostatnio węgiel drzewny w kosmetykach stał się bardzo pożądany, szczególnie w tych przeznaczonych dla skóry mieszanej czy tłustej. W pudełku znalazła się maska w płachcie z tym składnikiem, co jak się pewnie domyślacie, bardzo mi odpowiada. Jestem całkowicie na tak, jeśli chodzi o jednorazowe maski w tego typu pudełkach. Recenzja maski Conny na pewno pojawi się w Zamaskowanej Środzie, a jeśli już jesteście jej ciekawi, jest dostępna w Naturze za nie duże pieniążki :)
Cena do: 7,99 zł



5. ZMIANYZMIANY - BATON "KOSMOS"

Czegoś słodkiego nie mogło zabraknąć! Tym razem jest to baton z energią - w 100% z naturalnych składników, wegański, bez glutenu i dodanego cukru. Takimi słodyczami mogę się zajadać, chociaż nie wiem, czy przystoi nazwanie słodyczą czegoś, co składa się niemalże z samych bakalii. Dla mnie pycha!
Cena do: 6,99 zł


6. PEELING KAWOWY BODYBOOM 30G
Nie we wszystkich pudełkach znalazł się szósty produkt. Należało zdecydować się na trzymiesięczną subskrypcję, aby go otrzymać. Peeling kawowy BodyBoom jest wszystkim dobrze znany, przynajmniej ze słyszenia. Fajnie będzie móc go przetestować, bo wiem, że nie zdecydowałabym się w ciemno na pełnowymiarową wersję. Próbka 30g powinna mi starczyć na kilka razy, więc na pewno wyrobię sobie odpowiednią opinię :)
Cena około 11 zł.



Prócz wymienionych wyżej produktów, w pudełku znalazło się również kilka ulotek z kodami rabatowymi oraz dwie próbki: balsam Hempz Body (czyżby zapowiedź do jednego z następnych pudełek?) i zmywacz do paznokci w chusteczce z Cleanic.


Według Cutebox, wartość całej kwietniowej edycji to 111,80 zł. W moim przypadku, licząc dodatkowo peeling BodyBoom to ponad 120 zł. Muszę zaznaczyć, że trzeba się naprawdę postarać, żeby za mleczko z Be Organic dać więcej niż 25 zł. Sama nie wiem, najwyższej ceny jakiej potrafię się doszukać to 42 zł, ale bez problemu można je dostać o połowę taniej. Całość jednak bardzo mi się podoba, ponieważ tak czy siak wychodzimy na duży plus w naszych portfelach i nie tylko :) Jestem przekonana, że będę używać każdego produktu, gdyż nie pojawiło się nic, co od razu spisałabym na straty.


Zachęcam do komentowania i obserwowania :)

Copyright © 2014 LAOLAMIKU , Blogger